next
pause
play
prev

Kultura

22.02.2013

Jazzowy PGR

W sobotnie popołudnie 16 lutego 2013 w olkuskiej Galerii BWA wystąpił zespół Projekt Grzegorza Rogali, czyli w skrócie: PGR. Muzycy zaprezentowali program pt. „Latin Fire”, zgodnie z tytułem pełen ognistych, latynoskich rytmów, choć… nie pozbawiony i polskich akcentów.

Niegdysiejsze PGR-y, słusznie lub nie, były w powszechnym przekonaniu synonimem chaosu, bylejakości, marnotrawstwa. „Ryczy jak byk z PGR-u” – mówiło się i kimś, kto wciąż biadolił. Dzisiejszy PGR nie ma z tym nic wspólnego. Lider formacji, puzonista Grzegorz Rogala, to muzyk znany nie tylko polskim miłośnikom jazzu. Występował w big-bandzie European Colours Jazz Orchestra, a z zespołem Kattorna zdobył nagrodę na festiwalu Berlin Jazz & Blues Award.

Grzegorz Rogala - oprócz tego, że sam jest świetnym muzykiem – nie boi się obecności obok siebie innych świetnych muzyków, co świadczy o nim jeszcze lepiej. I tak na olkuskich Zaduszkach Jazzowych A.D. 2011 pojawił się na czele Grzegorz Rogala Quartet, w którym grał m.in. pianista Witold Janiak (autor wspaniałego albumu pt. „Mainstreet Quartet” z 2010 r.). Z kolei na pierwszej płycie PGR pt. „Enthuzjazzm” (z 2011 r.) gościnnie wystąpiła izraelska saksofonistka Sagit Zilberman (koleżanką ze studiów na Berklee College of Music w Bostonie). Efekt – to pyszny koktajl jazzu z muzyką klezmerską i… polskim folklorem. Jeśli bowiem nazwa PGR jest w jakiś sposób zasadna, to wyłącznie z powodu wiejskich konotacji. Grzegorz Rogala – wzorem Zbigniewa Namysłowskiego i Michała Urbaniaka – chętnie czerpie natchnienie z muzyki ludowej.

W programie „Latin Fire” gościem PGR-u stał się kolejny wirtuoz – trębacz El Congo Allen, Kubańczyk, który wyemigrował do Europy. Występował tutaj z takimi gwiazdami, jak Earth Wind & Fire, UB40, Marylin Manson czy Eric Clapton. W zespole Grzegorza Rogali gra na srebrzystym kornecie i złocistym flugelhornie (takiej pękatej trąbce o niższym i miększym dźwięku). Skład uzupełniają basista Andrzej Zielak i perkusista Grzegorz Jakieła.

Olkuski koncert rozpoczęli od znanej już z płyty „Enthuzjazzm” kompozycji „Cuban Report”. Tym razem utwór zabrzmiał nieco inaczej niż wersja studyjna; w nowej aranżacji, zgodnie z tytułem programu, zyskał jeszcze wyraźniejszy południowoamerykański „szlif”. Z „Enthuzjazzmu” przypomnieli także „Majazzur”, czyli mazur na jazzowo, również przeniesiony w gorący, latynoski klimat. Na bis zaprezentowali najnowszy w repertuarze PGR-u utwór: ludowe „Czerwone jagody”, podane – cytując lidera – „w sosie latynojazzowym”, jako rozbujaną sambę.

Temat każdej z prezentowanych kompozycji trębacz i puzonista podawali z początku unisono lub w kunsztownym dwugłosie (jak w utworze „Latis”, gdzie przybrał formę instrumentalnego dialogu). Później, jak to w jazzie, przychodził czas na solówki. Najwięcej, co zrozumiałem, zagrali ich lider i gość.

Rogala możliwości puzonu najszerzej zaprezentował w autorskim „Song for Basia” (dedykowanym żonie). Jego gra pełna była typowych dla tego instrumentu szybkich glissand. Może mniej typowe, a na pewno nie mniej piękne było solo w kołysance skomponowanej dla córki – obfitowało w nagłe zwroty muzycznej akcji. W „Majazzurze” zaimprowizował nastrojową wariację, chwilami przypominającą puzonowy odpowiednik gry Tomasza Stańki.

Ani jednego utworu nie pozostawił też bez solówki Allen. W kołysance rozwinął przejmującą melodię podkreśloną mocnymi przejściami perkusji, by pod koniec zagrać całkiem inne solo – zabawne, miejscami celowo groteskowe. „Majazzur” ozdobił własną, kubańską odpowiedzią na polski folklor, która urosła w jakiś latynoski krzyk, na który słów nie znajduję – trzeba to samemu usłyszeć.

A pozostali muzycy? Andrzej Zielak swą grą na basie wnosi najwyraźniejsze elementy nowoczesnego jazzu rodem z krainy ECM. I on zagrał kilka solówek, w tym kunsztowną, wirtuozowską podczas kołysanki. W improwizacji z „Majazzura” nie mniej efektownie balansował pomiędzy Ameryką Południową a Dalekim Wschodem. Najdłuższe i chyba najlepsze solo zagrał na końcu, w „Czerwonych jagodach”.

Również Grzegorz Jakieła, przez Rogalę przedstawiony jako „najlepiej ubrany polski perkusista”, dowiódł, że nie tylko szata go zdobi. Był nie tylko fenomenalnym kolorystą (o przejściach w kołysance już pisałem; było więcej takich ozdobników). Może jego solo w „Majazzurze” było krótkie, a w kołysance – początkowo z lekka wymuszone (szybko jednak się rozkręcił!), ale w „Latis” zrekompensował to z nawiązką. Zabębnił tak, że z pałek „leciały iskry”, gdy wykonywał błyskawiczne przejścia na bębnach i tremola na talerzach.

O tym, jak dobry to był koncert, niech zaświadczy jeden fakt. Gdy Grzegorz Rogala zakomunikował, że „to już wszystko”, chyba nikt bez spojrzenia na zegarek nie skonstatował, że upłynęła z górą godzina – tak szybko zleciał czas. Dopiero po chwili, gdy minął szok, publiczność nagrodziła muzyków zasłużoną owacją.

Jarosław Nowosad
powrót do listy