next
pause
play
prev

Aktualności

09.11.2012

Wieczór w jazzowym kinie

Pierwszy wieczór Zaduszek Jazzowych okazał się dobrą rozgrzewką przed tym, co miało nastąpić drugiego dnia. Witold Janiak Trio, które wystąpiło w Galerii BWA w czwartek 9 listopada 2012 r., zaproponowało zgromadzonym w BWA repertuar odrobinę trudniejszy w odbiorze, bo czysto instrumentalny. Co nie znaczy, że mniej porywający. Muzycy przedstawili program pt. "Cinema Meets Jazz", na który złożyły się ich własne interpretacje słynnych tematów filmowych.

Jak powiedział lider, anonsując koncert: "historia każdego z nas to ludzie, których spotkaliśmy, książki, które przeczytaliśmy, muzyka, którą usłyszeliśmy i filmy, które zobaczyliśmy". Dla Janiaka i pozostałych dwóch instrumentalistów niektóre filmy musiały być równie istotną częścią ich własnej historii, co muzyka. Wśród owych filmów znalazły się "Dziecko Rosemary", "Forrest Gump", "Chinatown", ale także "8 mila" i "Dirty Dancing".

Witold Janiak, który dał się już poznać olkuskiej publiczności w trakcie zeszłorocznych Zaduszek jako pianista Kwartetu Grzegorza Rogali, w tym roku przyjechał do nas jako lider. Mnie był już wcześniej znany w tej roli dzięki wyśmienitej płycie "Witold Janiak Mainstreet Quartet", nagranej z zespołem o tej samej nazwie. Album zawiera elektryczny jazz spod znaku fusion (lider zagrał na piano Fendera) i - repertuar prawie wyłącznie autorski.

W czwartkowe popołudnie Janiak zaprezentował skrajnie inne oblicze artystyczne. Po pierwsze wystąpił w całkowicie akustycznym składzie. Obok lidera, znów zasiadającego przy akustycznym fortepianie, Witold Janiak Trio tworzą Rafał Rożalski - kontrabas i Kamil Miszewski - perkusja. Taki zestaw instrumentów wydaje się stworzony dla klimatów bliższych tradycji. Rzeczywiście, koncert w większej części był spokojniejszy, bardziej stonowany od żywiołowego pierwszego dnia Zaduszek. W galerii, w otoczeniu obrazów Teresy Żebrowskiej, zabrzmiała muzyka stworzona wręcz do słuchania w małym jazzowym klubie w deszczowe jesienne popołudnie (co nie znaczy, że pozbawiona żywszych akcentów). Co nie mniej istotne, repertuar złożony był - przynajmniej teoretycznie - z cudzych kompozycji. Teoretycznie, bo dla występujących muzyków, jako rasowych jazzmanów, każdy kolejny temat był jedynie pretekstem do własnej wypowiedzi muzycznej poprzez improwizację.

Już otwierające koncert przebojowe "Time of My Life" z "Dirty Dancing" po kilku minutach zmieniło się nie do poznania i gdyby ktoś wszedł w połowie utworu, ani chybi w pierwszej chwili uznałby, że to własna kompozycja któregoś z muzyków. Dopiero po krótkim solo kontrabasisty pierwotny, wszystkim znany motyw powrócił w postaci mniej więcej rozpoznawalnej. Również pod tym względem tercet plasuje się blisko tradycji, hołdując strukturze "temat - improwizacja - powrót tematu" (niegdyś oczywistej w świecie jazzu, dziś już niekoniecznie).

Indywidualne podejście do wykonywanej melodii nabierało coraz większej wyrazistości w każdym kolejnym utworze. Co prawda temat z "Chinatown" zabrzmiał w miarę "po bożemu", jak ballada z miotełkami i leniwym basem, ale już takie "Some Day My Prince Will Come" z disnejowskiej "Królewny Śnieżki" wirowało w nieparzystym rytmie niczym muzyczna karuzela, ozdobiona szybkimi, trochę zwariowanymi solówkami basu i perkusji. Kompozycja Eminema "Love Yourself" z filmu "Ósma mila" dźwięczała chwilami nieomal atonalnie przy mocnej, "ciężkiej" grze sekcji rytmicznej, co kontrastowało z lżejszym, melodyjnym refrenem. Tą melodią muzycy porwali do wspaniałego tańca najmłodszą na sali jazzfankę (nie miała chyba jeszcze pięciu lat) - chciałem to uwiecznić, ale aparat fotograficzny odmówił posłuszeństwa w wyciemnionej sali.

Jeszcze dobitniej indywidualność muzyków (zwłaszcza pianisty) przejawiła się podczas słynnej kołysanki z "Dziecka Rosemary". Janiak jest muzykiem o zupełnie innym temperamencie niż Komeda, gra pogodniej, bardziej figlarnie, bez typowej dla autora "Astigmatic" surowości. Słychać to było od pierwszych nut, gdy zainicjował żartobliwy, lekko folkloryzujący akompaniament, pozwalając kontrabasiście wprowadzić główny motyw. Gdy prowadzenie melodii przejął lider, bębniarz swą grą podkreślił niepokojącą nastrojowość filmu, z którego utwór pochodzi, ale już po chwili, w rozwinięciu tematu, groza gdzieś uleciała i zapanował nastrój tak sielski, jak gdyby - że nawiążę do treści obrazu Polańskiego - Guy postanowił dopiąć swego bez zawierania paktu z diabłem.

Wykonanie leitmotivu z "Forresta Gumpa" jeszcze mocniej nawiązało do fabuły, szczególnie we fragmencie, gdy perkusista dramatycznymi przejściami na kotłach podkreślił wojenną tematykę istotnej części filmu. Tę kompozycję zespół rozwinął w rodzaj mini-suity z kilkakrotnymi zmianami tempa i nastroju.

Trzeba koniecznie wspomnieć o partiach solistycznych. Najwięcej, co zrozumiałe, zagrał ich lider (czasem, jak we fragmencie "Love Yourself", obchodząc się nieomal bez pomocy kolegów), ale i pozostali wykonawcy mieli okazję "błysnąć właściwie w każdym utworze. Rafała Rożalskiego pochwalić trzeba choćby za solo w kołysance Komedy, które wprowadziło na chwilę element grozy. Kamil Miszewski w rozpoczęciu "This is not America" Pata Metheny’ego z filmu "Sokół i Koka" zagrał na swym rozbudowanym zestawie perkusyjnym tak, że piszącemu te słowa przypomniał się John Bonham w środkowej części "Moby Dick". Janiak, zapowiadając kompozycję Metheny’ego, nazwał jednym ze swych idoli. Chyba pozostali członkowie tria darzą wielkiego gitarzystę nie mniejszą estymą, bo pod koniec utworu grali już właściwie zbiorowe solo, a sam pianista zawędrował aż w romantyczne, nieomal chopinowskie pasaże.

Zakończyli melodią z "Flinstones", która w ich ujęciu zabrzmiała mało jaskiniowo, przywodząc na myśl wytworne party u któregoś z amerykańskich potentatów. Nawet solo na bębnach miało w sobie więcej błyskotliwej elegancji niż plemiennej dzikości. I dobrze, bo animowani jaskiniowcy bawią już chyba trzecie pokolenie telewidzów, więc siłą rzeczy leitmotiv z serialu zdążył się wszystkim osłuchać. Była już najwyższa pora, by ktoś tchnął w niego świeżość.

Podobno jest szansa, że Witold Janiak Trio nagra ten program na płytę. Ja w każdym razie będę jej oczekiwał z niecierpliwością, by powrócić w ten niezapomniany wieczór. A przecież to jeszcze nie koniec zaduszkowych koncertów. W sobotę 10 listopada w sali olkuskiego BWA przy ul. Szpitalnej w Olkuszu zespół Paulina Kujawska Band zaprezentuje jazzowe interpretacje najpiękniejszych polskich piosenek. Początek koncertu 18:00.

Jarosław Nowosad
powrót do listy

Kalendarium

Grudzień 2019
Pn Wt Śr Czw Pt Sob Nd
2526272829301
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
303112345
wszystkie wydarzenia