next
pause
play
prev

Aktualności

05.12.2012

Kłopoty to była jego specjalność

Pamięci Janusz Czerniaka, poety, malarza i muzyka (1958-2012). Tacy jak on, cisi i pokorni, odchodzą niepostrzeżenie. Myślę, że tam, gdzie teraz jest, odczuwa zakłopotanie, że swoim bliskim narobił tym nagłym odejściem trochę kłopotów. Przecież on był specjalistą od kłopotów, ale wyłącznie własnych! Jak myślałem o swoich problemach, to chcąc się pocieszać myślałem o ludziach, którzy mają poważniejsze sprawy na głowie; wtedy w pierwszej kolejności przychodził mi na myśl Janusz. Ale on nie był gościem, z którym się gadało o problemach. O kłopotach to sobie można pogadać z dzielnicowym, psychologiem, albo księdzem; z przyjaciółmi to się rozmawia o wódzie, dziewczynach i poezji. Tak uważał. I o tym, głównie, żeśmy gadali. Prawdziwi poeci to nie są goście, których życie pieści. Jak jesteś rozpieszczony, kandydujesz do najważniejszych nagród, pokazują cię w telewizji, drukują z tobą wywiady w „Wyborczej”, a twoje wiersze w „Zeszytach Literackich”, to jesteś poetą przez duże „P”. A jak nic takiego cię nie spotka, a jedynie kopniaki i ironiczne wzruszenia ramion, to jesteś poetą przez małe „P”. Ciężko być poetą przez małe „p”, poetą, który jest bezrobotny, który jest wykorzystywany, który musi się zmagać z problemami dnia codziennego.

Poetów przez duże „P” takie rzeczy, jak opłaty za mieszkanie, światło, gaz czy długi w banku nie obchodzą. Poetów przez duże „P” nie martwi komornik nad głową, bo nikogo takiego nie muszą się obawiać; ich głowy zajęte są tworzeniem misternych metafor, a nie wymyślaniem kombinacji pozwalających dotrwać do „pierwszego”.

Okna mieszkania Janusza wychodziły na plac przy którym stoi Galeria BWA w Olkuszu. Śmialiśmy się, że wystarczy stanąć w oknie, ja w robocie, on w domu, i do siebie pomachać. Ale potem Janusza „zamurowali”. Wznieśli między nami budynek i widok z okna mieszkania Janusza ograniczył się do szarej ściany. Mówił, że musi na niej coś namalować, bo nie może znieść tej szarości. Nie zdążył. Szarość zamieniła się w czerń, a marzenia w nicość. Jeśli gdzieś tam jest Ktoś, to mam nadzieję, że wynagrodzi Januszowi lata tu, na ziemi, zwłaszcza ostatnie. A jeśli Jego nie ma, to znaczy, że nie ma też sprawiedliwości na świecie, na żadnym ze światów, ani tym, ani tamtym!

*

Na zaduszkach poetyckich, poświęconych Januszowi, nie obyło się bez wzruszeń, bo obyć się nie mogło. Janusz Czerniak nie żyje od kilku miesięcy, a jego bliscy i przyjaciele wciąż nie mogą się z tym faktem pogodzić. Poeta, malarz, rzeźbiarz, muzyk, a gdyby się dłużej zastanowić, to człowiek właściwie od wszystkiego. W środowy wieczór 28 listopada wspominaliśmy Janusza w olkuskim BWA, w miejscu, w którym był zatrudniony w ostatnich miesiącach życia. Pewnego dnia po raz pierwszy zdarzyło mu się nie przyjść na czas do pracy. Nie nawalił, bo to była usprawiedliwiona nieobecność. Nie przyszedł, bo umarł we śnie. Miał tylko 54 lata. Pozornie szmat czasu był jeszcze przed nim, wiele plenerów, wystaw i książek.

Wśród zebranych była uwielbiana przez Janusza córka Kinga i ukochany wnuk Kacper. Kindze poświecił Janusz wiele wierszy. A swojego wnuka, Kacpra, namalował i tak się złożyło, że był to ostatni obraz, jaki Janusz skończył. Lekko uśmiechający się Kacper na kolorowym, wesołym tle. Kilkanaście prac Janusza, ze zbiorów prywatnych (w tym z kolekcji córki artysty) oraz grafik do tomiku wydanego przez Klub „Zielone Światło”, zawisło na sztalugach. Można się było przekonać, że Janusz rozwijał się artystycznie. Szkoda, że tak wiele osób nie ufało jego talentowi i namawiało go do malowania na zamówienie prac, których on sam nie miał ochoty malować. Najlepsze prace - to te, których temat sam sobie wybierał: autoportret z portretem córki, ludzie w bramie, pajac w ogrodzie czy starsze prace, tworzone na marszczonych bibułkach, z cyklu inspirowanego rodzinnymi fotografiami, z wyciętymi postaciami ludzi, jakby nieskończone, pełne egzystencjalnego lęku.

*

Serdecznymi wspomnieniami o Januszu podzielili się z uczestnikami wieczoru przyjaciele poety. Była wśród nich poetka Irena Włodarczyk, której tomiki Janusz Czerniak ilustrował (zilustrował także książkę jej wnuczki, Natalii Włodarczyk, najmłodszej autorki powieści w historii polskiej literatury). Zjawił się wierny przyjaciel od młodości Adam Sowula, wspominał Janusza ciepło Jacek Majcherkiewicz. Opowiadali o Januszu fotograficzka Basia Sygulińska (autorka pięknego zdjęcia wykorzystanego na plakacie), młody poeta Mariusz Majta i księgarz Marek Turlej. Z Łukaszem Jaroszem czytaliśmy wiersze Janusza - te, które dotąd nie były publikowane. Przede wszystkim jednak wspominaliśmy samego Janusza.

Moglibyśmy to czynić w nieskończoność, bo każdy ma o nim w sercu jakieś miłe wspomnienie, jakąś anegdotę do przytoczenia. Janusz był człowiekiem towarzyskim, który z niejednego pieca chleb jadł. Takich ludzi się pamięta. Najważniejsze, że Janusz pozostawił po sobie dzieło. Jego wiersze i obrazy nie zginą. W przyszłym roku planowane jest duże wydawnictwo, w którym poza niepublikowanymi tekstami znajdą się reprodukcje jego obrazów olejnych i grafik. Żal, że Janusz tego nie doczekał... Z drugiej strony, niejako na pocieszenie, można dodać, że ostatnimi czasy nie mógł narzekać na brak zainteresowania swoją twórczością. Staraniem Biblioteki Powiatowej ukazał się tom wierszy „Trzy serca” (z utworami Janusza, Ireny Włodarczyk i Mariusza Majty), brał udział w plenerach, przygotowywana została jego indywidualna wystawa w Klubie „Przyjaźń”.

Przyznam się, że kiedy oglądaliśmy film z wywiadem, którego Janusz udzielił mi krótko przed śmiercią, poczułem przez moment, jakby znów był z nami. I to był bardzo miły, wzruszający moment. Ale wywiad się skończył i znów zrobiło się pusto. I tak już chyba pozostanie...

Dwa z wierszy Janusza Czerniaka, czytane na środowym spotkaniu.


„W pożodze”


nie palę Rzymu, by być poeciną

ale pali się we mnie całe imperium,

kiedy siadam przy białej kartce

i cierpi szuflada chrześcijan

niewinnych mojej nieporadności

obarczonych moim strachem

wobec lwich pazurów


jak Neron karmię się pożogą

i wzdrygam przed areną

i tymi,

którzy mogą skierować

kciuk w dół


Sławków, 27. 12. 2001.


„Rzucanie”


rzuciłem prawie wszystko

co rzucić może człowiek


więc zonę i dom

kilka życiowych krzyżyków

tysiące wspomnień

i stare fotografie

kolegów tylko od piwa

kochanki tylko na weekend

ambicje i marzenia


więc cóż jeszcze można?


pozostał tylko coraz bledszy cień

który nieustannie rzucam

choć wierny

aż do śmierci


Sławków, 20.07. 2001.


Olgerd Dziechciarz
powrót do listy

Kalendarium

Luty 2019
Pn Wt Śr Czw Pt Sob Nd
28293031123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728123
wszystkie wydarzenia