next
pause
play
prev

Aktualności

18.11.2013

Czwartek z jazzrockiem, piątek z bossanovą

XII Olkuskie Zaduszki Jazzowe za nami. Tym razem złożyły się na nie dwa koncerty, oba znakomite. W czwartek 14 listopada 2013 w Galerii Sztuki Współczesnej BWA wystąpił zespół Workaholic. W piątek zagrała formacja JazZoom.

Muzyczni pracoholicy

Grupa Workaholic, której koncert wypełnił czwartkowe popołudnie, powstała w Krakowie w 2006 roku. Nazwa znaczy tyle, co „pracoholik”. Faktycznie, formacja jest wyjątkowo pracowita, gra dużo koncertów tak na większych scenach, jak i w kameralnych klubach. Ma na koncie kilka płyt – najnowszy, wydany w tym roku krążek „To nie mój świat” można było kupić po koncercie, co dawało możliwość skonfrontowania brzmienia Workaholic „na żywo” z jego obliczem studyjnym.

„Blues, swing, rock… a może jazz?” – tak określili własną muzykę w krótkiej notce wydrukowanej w programie Zaduszek. Na pewno nie można zbyć ich gry prostym hasłem „fusion”; przynajmniej nie w takim sensie, w jakim „fusion” grali np. Weather Report, a w Polsce choćby Extra Ball. Workaholic gra blues-rocka, jakiego zapoczątkował John Mayall, jednak z wyrazistym funkowym groovem i skłonnością do stricte jazzowej improwizacji. Szczególnie jaskrawo słychać to na ich płycie – radośnie rozswingowanej, z jazzowymi chórkami i dęciakami (dzięki gościnnemu udziałowi dokooptowanych na tę okazję muzyków). W koncertowym wydaniu (i podstawowym składzie) brzmią dużo surowiej i ciężej, akcent przesuwa się w stronę hard-rocka, lecz akcenty jazzowe pozostają słyszalne i… bardzo istotne. Ów muzyczny eklektyzm bierze się zapewne stąd, że Workaholic (podobnie, jak niegdyś The Doors) tworzą artyści z różnych „światów” muzycznych, z krain bluesa, rocka i jazzu.

Liderem zespołu jest gitarzysta i wokalista Jan Purchla, autor muzyki i tekstów większości repertuaru Workaholic. Wygląda trochę jak Tadeusz Nalepa (z czasów, gdy ten strzygł się już krótko) i nawet zdarza mu się podobnie śpiewać, choć głos ma nieco niższy. Ale nawet jeśli grupa ma tylko jednego lidera, to gra w niej dwóch frontmanów. Obok śpiewającego gitarzysty bryluje skrzypek Paweł Kosieradzki. Obecność skrzypiec przywodzi na myśl przede wszystkim zespół Krzak. Rzeczywiście, tak instrumentalny blues-rock zagrany „na otwarcie”, jak i piosenka „Daj mi bluesa” miały wyraźnie „krzakowy” klimat, a w podjazzowanym boogie o aniele-stróżu przez moment zagrały najprawdziwszy riff. Ale Kosieradzki pokazał też, że jest z krwi i kości jazzmanem. Fragmenty mocno jazzującej (na tradycyjną modłę) piosenki „Listopad” przywodziły na myśl raczej String Connection. Kiedy indziej skrzypce wydawały się naśladować sekcję instrumentów dętych lub zapuszczały się w rejony awangardy jazzowej spoza granicy tonalności.

Jako, że był to koncert zaduszkowy, nie zabrakło wspomnień o nieżyjących już muzykach. Wspomnieniem o bodaj najbardziej znanym na świecie polskim jazzmanie, jakim był Krzysztof Komeda, zespół wykonał chyba najsłynniejszą jego kompozycję. Leitmotiv z filmu „Dziecko Rosemary” – bo, rzecz jasna, o tej melodii – zaczęli trochę ad libitum, by zaraz przejść w szybkie 6/8 (trochę tak trio Witolda Janiaka, w którego wykonaniu usłyszeliśmy ten utwór na zeszłorocznych Zaduszkach) i w błyskotliwe „wariacje na temat”. Kosieradzki złożył też hołd Zbigniewowi Seifertowi (którego był przez chwilę uczniem), wykonując jedną z kompozycji wielkiego jazzmana. Ze standardów zabrzmiało jeszcze „Freedom” z repertuaru zmarłego niedawno Richiego Havensa, potraktowane przewrotnie, bo utrzymane w stylistyce funky-reggae i uzupełnione cytatem z „Get Up, Stand Up” Boba Marleya. W zakończeniu innej kompozycji znalazło się miejsce na fragment beatlesowskiego „Come Together”, jako wspomnienie o Johnie Lennonie. Pamięci dwóch muzyków The Doors, Jima Morrisona i Raya Manzarka dedykowana była „Alabama”, ballada w rytmie bossanovy z bardzo „doorsowym” solo Tomasza Pachciarka, świetnego pianisty, który w finale utworu przywołał tematy „Ligh My Fire” i „Riders On the Storm”. Nie zapomniano też o nieodżałowanym Jarosławie Śmietanie, który – podobnie jak Havens i Manzarek – odszedł spośród żywych w tym roku. Kompozycja Ryszarda Styły „Blues dla Jarka” pozwoliła gitarzyście Leszkowi Mierzwie wykonać iście „śmietanową” solówkę (jedną z wielu pięknych partii, jakimi ozdabiał praktycznie każdy kolejny utwór). Także basista, Grzegorz Piećko, wplótł własne solo – mroczne, jakby żałobne. Perkusista Bart Kuraś zwykle ograniczał się do roli akompaniatora, lecz i on błysnął króciutką solówką (w kompozycji „Piosenka wesoła o upadłych aniołach”).

Z autorskich kompozycji, jakie zespół wykonał, najciekawsza wydaje się żartobliwie frywolna „Zuzanna w kąpieli”. Szybkie, mocne funky, przerywane wolniejszymi wstawkami stylizowanymi na muzykę dawną – to wycieczka w rejony bliskie eksperymentom progresywnego rocka lat siedemdziesiątych. Nieszablonowa, bo z przymrużeniem oka. „Nie bądź złą kobietą” to już bardziej typowy blues, zagrany z iście „zeppelinową” ciężkością. „Wielka cisza”, bluesowo-rockowa ballada, zaskakuje melodią refrenu, w której pobrzmiewają echa Skaldów (jak by nie było, Workaholic to zespół krakowski). A na bis dostaliśmy bardzo funkowy song o outsiderach z całkiem interesującym tekstem (podejrzewam inspiracje twórczością Andrzeja Waligórskiego).

Dama z Gibsonem

W drugi i ostatni wieczór, w piątek 15 listopada wystąpiła grupa JazZoom. Ponieważ przy ich nazwie w programie imprezy znalazłem słowo „funk”, zastanawiałem się, czy całe tegoroczne Zaduszki Jazzowe upłyną pod znakiem fusion. Nic z tych rzeczy! JazZoom, dowodzony przez gitarzystkę Kasię Zawieracz, gra bardzo tradycyjny, niemal czysto akustyczny jazz, w którym dominują rytmy samby i bossa novy. Jest to muzyka bardzo ciepła i… bardzo kobieca.

Mówiąc „kobieca”, mam na myśli po pierwsze skład personalny. Z sześciorga tworzących zespół muzyków jedynie dwóch to mężczyźni. Ale co istotniejsze, brzmienie, jakie w szóstkę tworzą, jest tak delikatne, zmysłowe i pełne przekory, jakiego chyba nie udałoby się uzyskać w czysto męskim składzie.

Nazwałem muzykę JazZoom „niemal czysto akustyczną”, bowiem jedynym elektrycznym instrumentem włada liderka zespołu. Kasia Zawieracz (jak sama deklaruje, woli zdrobnienie od formy „Katarzyna”) to piękna i tajemnicza dama z Gibsonem Les Paul w rękach. Niedawno wydała autorską płytę zatytułowaną „To co lubię” (nagraną z tym samym składem, uzupełnionym o kilkoro dodatkowych wykonawców, jednak podpisaną wyłącznie imieniem i nazwiskiem artystki). Na program koncertu złożyły się w większości utwory z tego albumu.

Pierwszy utwór koncertu jazzowego jest zawsze „prezentacją” tak całego zespołu, jak i poszczególnych tworzących go muzyków. Standard „Wave” Antonio Jobima, przemianowany na „Nie powiem nie”, nieźle spełnił oba zadania. Sympatyczna, bezpretensjonalna bossanova, figlarnie zaśpiewana przez wokalistkę, trafnie zdefiniowała styl, w jakim gra JazZoom. Również w błyskotliwych, acz nobliwie brzmiących solówkach fortepianu, gitary i fletu instrumentalistki dały wyraz swym muzycznym temperamentom, choć spełnię swych umiejętności miały zaprezentować później. „Nie powiem nie” zaprezentowało zespół od jeszcze jednej strony, mianowicie literackiej. Autorką polskich słów, podobnie jak wszystkich tekstów w repertuarze JazZoom, jest bowiem liderka. A dodam, że są to najlepsze teksty, jakie słyszałem od lat. Gdybym nie wiedział, czyjego są pióra, podejrzewałbym, że zostały zamówione u Wojciecha Młynarskiego, albo użyto jakichś nieznanych mi wierszy Agnieszki Osieckiej – tak wiele w nich subtelnej przekory, w połączeniu z niefrasobliwym wręcz piętrzeniem kolejnych rymów. Wróćmy jednak do muzyki.

Kasia Zawieracz należy do tych muzyków, którzy całą uwagę i energię poświęcają grze na instrumencie. Gdyby podczas koncertu odłączyć jej Les Paula od wzmacniacza, jedynie subtelnym podrygiwaniem dawałaby znać, że rozpiera ją feeling (dopiero w przejmującym „Bluesie dla siostry” przy solówce wyraźnie „odleciała”). Ale wystarczy posłuchać jej zagrywek – nieraz ot tak, od niechcenia dorzucanych w tle – by dostrzec ów ogrom emocji, którego prawie nie widać w zachowaniu gitarzystki. Skromnie stojąc na scenie, wizualnie nie pchając się na pierwszy plan, czaruje pięknymi, długimi solówkami (szkoda, że na płycie „To co lubię” jest ich trochę mniej). Czy to pozornie spokojną improwizacją w bluesie „Miłość, która nie chce przyjść” (czyli polskiej wersji „Angel Eyes” Matta Dennisa) lub sambie „Ochoty na głupoty”, czy bardziej emocjonalnym solo w piosence „Senny blues”, oddaje całą swą duszę muzyce, nie musząc tego udowadniać na poziomie widzialnych gestów. Wyjątkiem jest wspomniany już „Blues dla siostry”, w którym gra właściwie permanentną, pełną dramatyzmu solówkę.

Zupełnym przeciwieństwem liderki jest wokalistka Anna Basista. Nie dlatego, by nie poświęcała śpiewowi należytej uwagi – gdy w finale „Sennego bluesa” uderza scatem, można tylko żałować, że to tak krótko. Poza tym wszakże jest urodzoną showmanką. Zarówno podczas śpiewania, jak i przy partiach instrumentalnych nieustannie tańczy – i wątpię, czy potrafiłaby przestać. Pomiędzy utworami wciąż zagaduje do publiczności, a czyni to inteligentnie i dowcipnie, z wprawą zawodowego konferansjera. Że nawet w standardzie rockowym potrafi zaswingować – udowadnia interpretując beatlesowskie „Hey Jude”, wykonane w żywym, południowoamerykańskim rytmie. Równie przekonująca jest i wtedy, gdy wpada w refleksyjny ton – jak w przebojowym „Nie tak chciałeś”.

W stylistykę grupy doskonale wpisuje się pianistka Ala Zhernova. Swych wysokich umiejętności dowodzi w każdym kolejnym utworze, ale czyni to bez efekciarskich ucieczek poza tonalność, w krainę awangardy (choć zapewne i to by potrafiła). Po prostu gra kunsztowne, perliste solówki, pełne kaskad dźwięków przerywanych efektownymi pauzami – takie, jakich oczekuje miłośnik samby i bossanovy. Nieraz, jak w „instrumentalno-filmowej niespodziance” (którą okazał się temat z rosyjskiej kreskówki o wilku i zającu), improwizuje prawie że obok tematu, na poczekaniu tworząc własną melodię. Kiedy indziej, w zakończeniu „Wszystko, co lubię” (czyli „My Favourite Things” Rodgersa i Hammersteina z musicalu „Sounds of Music”), spod jej palców wypływa wdzięczna melodyjka jakby z pozytywki…

A flecistka Ewelina Serafin? Prawie każdy temat uzupełnia własnym, pełnym wigoru solo. W rozkołysanym „Zawsze chcę być twoim szczęściem” gra prosty, mocny bridge. W „Ochotach na głupoty” przede wszystkim „robi klimat” i kompetentne wstawki, ale i potrafi ozdobić zakończenie utworu emocjonalnym, skandowanym solo. Umie luzacko improwizować wokół tematu („Wilk i zając”), albo znienacka zaatakować wirtuozowską eksplozją niespokojnych tonów – jak w „„Zawsze chcę…”, lub w wykonanym na bis zavinulowskim „Mercy, Mercy, Mercy”. Nieobce są jej też długie, spokojne linie melodyczne, najprawdopodobniej także tworzone ad hoc. Gdy nie gra, dobrze sprawdza się w chórkach, drugim głosie, a nawet w wokalizie („Senny blues”).

Rozpisałem się o dziewczynach, ale męska frakcja jest również istotna, bo stanowi sekcję rytmiczną. Perkusista Michał Heller to zazwyczaj spokojny muzyk; swymi pałeczkami lub miotełkami buduje fundament pod kobiece popisy wokalno-instrumentalne. Gdy już wszelako rozwinie solo (z nieodłącznymi przejściami na werblu), co podczas koncertu uczynił dwukrotnie, poznajemy, że tylko skromność nie pozwala mu na częstsze eksponowanie muzycznego kunsztu. Kontrabasista Tomasz Kupiec, wokół którego zdecydowanych riffów muzyka owija się niby bluszcz, wykonał trochę więcej solówek, w tym jedną prawdziwie wirtuozerską, z efektownymi, glissandowymi przejściami.

„A jednak dziwne z nich były kwiaty” (Kerouac). W „filmowej niespodziance” JazZoom zabrzmiał iście ragtime’owo – w czym duża zasługa pianistki i… flecistki. Z kolei „Hallelujah, I Love Him So” (czyli „żeńskie” wydanie evergreenu Raya Charlesa), wykonane z iście gospelową żarliwością, wciągnęło całą widownię we wspólne klaskanie. Widać więc, że południowoamerykańskie rytmy – to nie jedyne, co potrafią grać, a po prostu – parafrazując tytuł płyty – „to, co lubią”.

Ten niezwykły koncert, podobnie jak czwartkowy, na długo pozostanie w mojej (i chyba nie tylko mojej) pamięci. „To co lubię” Kasi Zawieracz, podobnie jak „To nie mój świat” Workaholic, zapewne często będą się kręcić w moim odtwarzaczu.

Tekst: Jarosław Nowosad, zdjęcia: Olgerd Dziechciarz

powrót do listy

Kalendarium

Wrzesień 2019
Pn Wt Śr Czw Pt Sob Nd
2627282930311
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30123456
wszystkie wydarzenia